Obejrzała się i powstała z klęczek.

— Szukałam cię w sadzie, synku; gdzieżeś chodził?

— Do skał. Ojciec nie wrócili jeszcze? — spytał nawzajem.

— Cóż tak dorosło gadasz? Tatuś orzą pod lasem, pewnikiem nie przyjdą, aż na wieczerzę.

Ugięły się nogi pod chłopcem, opadł na ławę. Chciał zmilczeć, doczekać się ojca, lecz żal tak długo tłumiony buchnął mu z ust potokiem słów.

— O matusiu, matusiu, porzućcie to niegodziwe kłamanie! Prosicie Pana Jezusa, coby mnie uzdrowił, jakoż was ma wysłuchać, gdy w śmiertelnym grzechu brodzicie po szyję!

— Dziecko jedyne... co tobie? Ani się gniewam za zuchwałość, boś słaby.

Zerwał się i pobiegł ku niej.

— Nie, nie, ja nie z chorości gadam, ino prawdę, świętą prawdę! Matusiu, usłuchajcie mnie! Zespólcie się ze mną, padnijmy oboje razem do nóg tatusiowi i nie wstańmy potąd, póki go nie uprosimy.

— Syneczku najmilejszy, a o cóż go będziemy prosić? Nie rozumiem twojej mowy.