Na wesele bratanki królewskiej zjechało mnóstwo osób; zdało się, że Kraków podwoił na te dni liczbę swych mieszkańców.

Gdy zawiadomiono pana hetmana o zbliżaniu się narzeczonej do granic Polski, rozstawił na jej drodze pachołków konnych, by mu dali znać natychmiast, skoro będzie dojeżdżała do Niepołomic, gdzie na zamku miało nastąpić powitanie. Naprzeciw Batorówny wyjechały panie polskie: Radziwiłłowa, Oleśnicka, Myszkowska, Bonarowa i wiele innych. Panna młoda zaś miała przy sobie żony magnatów węgierskich i poczet znamienitej szlachty.

Po wzajemnym poznaniu się i nieodzownych, przesadnie pochlebnych oracjach, towarzystwo rozeszło się po salach zamku; niektóre panie węgierskie i polskie zostały z Gryzeldą w bawialnej komnacie.

Wtem nadbiegł paź, oznajmując przybycie Jana Zamoyskiego. Narzeczona powstała z krzesła i szła do połowy izby161; zaś we drzwiach ukazał się wspaniałej urody, acz nie pierwszej młodości narzeczony. Pokłonił się nisko, ale nie uniżenie, i w łacińskiej mowie radość z tak szczęsnej godziny w swym życiu wyraził. Gryzelda nie pozostała mu dłużną i bez zająknienia odpowiedziała po łacinie, sypiąc hojnie miłymi słówkami.

— Jeżeli wasza miłość nie czujesz się zbytnio utrudzoną — rzekł hetman — mam zlecenie od najjaśniejszej pani, by was niebawem przywieźć do Krakowa; królowa pragnie was poznać i przy ślubnym obrządku jako matka pobłogosławić.

— Każdej chwili towarzyszyć waszej miłości jestem gotowa — odpowiedziała z dwornym ukłonem Gryzelda. — Ja również rada bym co rychlej ucałować ręce miłościwej królowej za tak wiele łaskawości, gdy mnie nawet jeszcze nie zna.

— Skoro zatem nic nie stoi na przeszkodzie, to każę powozem zajeżdżać.

Ruszono tedy w drogę ku Krakowu, panowie konno, panie w kolasach. Gryzelda zamieszkała w jednej z komnat królowej, które dziś liczne a bogatymi sprzętami przybrane inaczej wyglądały niż dawne izdebki królewny.

Nazajutrz rano, po mszy św., odprawionej w kaplicy św. Stanisława, państwo młodzi udali się do apartamentów jej królewskiej miłości, gdyż tego sobie życzyła. Tam w sali, ozdobionej kwiatami i zielonością, urządzony był ołtarz, lśniący od srebra i złota i zasłany kunsztownie haftowanym obrusem. Świeczniki wieloramienne jarzyły się dokoła ścian, a na ołtarzu płonęło dwadzieścia cztery świec z białego wosku.

Na wysokich, złotą makatą zarzuconych krzesłach, przy ścianie przeciwległej ołtarzowi, siedzieli oboje królestwo. Drużbowie i druhny podprowadzili ku nim narzeczonych i ci, trzymając się za ręce, klękli u stóp monarszej pary.