— Widzicie, że się nie sprawdziło.

— Cale nie wątpię; każdej godziny stać się to może.

— A wam?

— A mnie, że do siedemdziesiątego drugiego roku dożyję. Dwadzieścia jeszcze lat przede mną... kęs czasu.

Zamilkł zmęczony, głowa opadła na poduszki, drzemał. Anna wstała ostrożnie i usunęła się w najdalszy kąt sypialni, gdzie na ławie siedział ksiądz Roguski.

— Straszno słuchać — szepnęła — tyle nadziei, a tu śmierć u wezgłowia stoi.

— Dwóch nas czuwa bacznie — odparł ksiądz — nie dozwolimy odejść duszy z ciała bez pojednania z Bogiem; opatrzymy naszego miłościwego pana świętościami na ostatnią drogę. Możesz wasza miłość być spokojna. A że się chory łudzi, to ino lżej dla niego i dla nas. Łacniej zdolimy otuchę okazować.

— Słuszne słowa waszej wielebności. Zresztą, cygańskie plemię czarów uczone, może ta stara prawdę gadała.

— Miłościwa królewna raczy porachować, ile ubiegło lat od narodzenia Pańskiego.

— Tysiąc pięćsetny siedemdziesiąty drugi przekroczył połowę, o co wam chodzi?