— Ty? I śmiesz stawać przede mną zuchwale, morderco bezecny?! — zawołał król w najwyższym oburzeniu.
Odetchnął głęboko, przesunął ręką po czole i pohamowawszy gniew, mówił dalej:
— Z jakiej przyczyny zabiłeś tego rycerza?
— Tu w rynku, nie bacząc na majestat, porwał i uwiózł wychowankę najjaśniejszej pani. Puściłem się za nim w pogoń, a gdy widział, że go dopędzam, dobył krócicy i krzyknął, że pannę w mych oczach zabije. Nie dowierzałem tej groźbie... Lecz widząc, że kurek odwodzi, strzeliłem jak do dzikiego zwierza. Teraz mi każcie zdjąć głowę, miłościwy panie, jeślim popełnił morderstwo.
Przez tłum przeciskał się paź królewski, za nim szedł lekarz. Pomacał skronie, wziął za puls.
— Nie godzi się go dręczyć — rzekł — już dusza ucieka. Chyba wina starego... może się ocknie na mgnienie oka.
Gospodarz domu przybiegł z winem; doktor ulał odrobinę na łyżkę i sączył po kropelce do ust umierającego.
Drgnął... otworzył błędne oczy... poruszył ustami...
— Unieście go nieco, podeprzyjcie mu głowę, może chce czego — rozkazał król dworzanom.
— Dopadłem cię... ubiłem jak psa... boli kula? Piecze jak ogień? Moje ciało czuje, jak cię boli!...