— Kto przyjechał? Cedzisz słówko za słówkiem...

— Pan oboźny Karwicki. Czy może wejść?

— Proś, proś, czekam z upragnieniem!

Ewa drzwi uchyliła, pan Karwicki przekroczył próg i szedł powoli ze spuszczoną głową, jakby nie śmiał w oczy spojrzeć królewnie.

Anna powstała z ławy.

— Złe wieści? — spytała cicho.

— Bardzo złe — odpowiedział poseł.

— Miłościwy pan?

— Onegdaj, siódmego lipca, o godzinie szóstej wieczorem życie zakończył.

Rozdział II