— Ano samiutką, z nianią. Dopiero jak czarny pan przyjechał na gród...

— Na jaki gród?

— Jakoż mam gadać? Do naszego domu przecie. Wszyscy tak mówią. Niania zbudziła mnie w nocy, zawiniątko na plecy, mnie na ręce i uciekła. Gadała, że czarny pan to gorszy od diabła.

— Coś się tam złego musiało dziać, proszę waszej miłości — odezwała się Marysia — bo ta niewiasta, co z Krysią przyszła, nie chciała się przyznać, ani skąd idą, ani po co, ani do kogo. Mowę miała cale odmienną, choć polską, widno szła z dalekiego kraju. Jeden raz tylko, na kilka godzin przed śmiercią (nikogo przy niej nie było krom mnie), rozpłakała się i lamenciła: „O Jezu miłosierny, opiekuj się biedną sierotą! Niech jej wrogi nigdy nie znajdą!... Pokaraj ich śmiercią i ogniem piekielnym!” Klękam wedle łóżka i pytam: „Gdzie te wrogi? Powiedzcie, cobym umiała dziecka strzec przed nimi”. Pojrzała na mnie zalęknionym wzrokiem, koniecznie chciała coś rzec, aż tu skurcz jej gardło ścisnął, zamknął mowę i już tak została do skonania.

— Dziwy, dziwy, kto nam wytłumaczy, co to za tajemnica? — troskała się królewna. — Dziecina z wielkiego domu, nie ma wątpienia, ale czyja?... Co tam takiego? Któraż beze drzwi zaziera? No, wejdź, czego chcesz?

— To ja, Ewunia.

— Co powiesz?

— Z Knyszyna.

— Co?

— Przyjechał...