— Czy macie przystojne pomieszczenie i posłanie dla jej wielmożności pani miecznikowej i trzech panien służebnych? — spytał Kumelski. — Dla nas wystarczy jaki alkierz albo i komora.
Kachna i Marysia, zaskoczone znienacka tak wspaniałym tytułem danym królewnie, parsknęły głośnym śmiechem.
— Cóż to za chichoty waćpanny wyprawiacie? — krzyknął krajczy marszcząc brwi groźnie. — Jej miłość posługi wyczekuje, a wy tu się będziecie gziły! No dalej, porozpinać tłumoki, dobyć z tobołów, co trzeba, łóżko posłać pięknie, od czego jesteście? Niech gospodarz wskaże najlepsze izby.
— Mam, a jakże, mam dwie komnateczki obszerne.
— Zabieramy obie. A łóżka wygodne są?
— A jakże, są łóżeczka, prawdziwie najmilsze. Sianka się przyniesie, ile duszyczka zapragnie, ani na łabędzim puchu nie tak miękko dla zmęczonych kosteczek.
— Co? Jak powiadacie? Siano?
— Jużci, nie wióry ani trzaski, ino sianeczko woniejące, tegoroczne.
— Musicie dać łóżko, choć jedno, byle dla naszej pani.
— Dam, dam, z wyskokiem, ino w całym domeczku jednego łóżeczka nie uświadczy. My tu po chamsku na piecu sypiamy.