— Niechże się wasza miłość nie trapi! — śmiejąc się z rozpaczliwej miny Kumelskiego zawołała królewna. — Prześpimy się na sianie smaczniej niż niejeden król na złocistym łożu. Poduszki są, ciepłe przykrycie jest, czegóż nam więcej trzeba?
— No, a cóż można mieć na wieczerzę? — pytał dalej krajczy, krzywiąc się jak po occie.
— Wszystko jest, ino wasza miłość rozkaże, już będzie na stole.
— Bogu dzięki, że choć z tym nie ma kłopotu. Zróbcie kaczki pieczone albo lepiej w potrawie z polewką i kasza jęczmienna do tego.
— Pańskie jadło, ani słowa; ino że kaczusiów dziś nie mam. Właśnie moja ostatnie cztery wyniosła na jarmark.
— No, to kurczęta.
— A jakże, a jakże, jakbyś wasza miłość na własne oczy widział! Są kurczęta, siedemnaścioro ich mam, właśnie wczoraj się wylęgły.
— O, ty, Judaszu, zdrajco! Śmiesz dworować sobie ze mnie?
— Jako żywo, przenigdy! Sami się przekonajcie: pisklęta żółciuchne siedzą w sicie na przypiecku razem z kwoką.
— Idź waść do diabła, bo ci gnaty połamię! Stój... czekaj! Uwarz polewki piwnej choćby garniec, ale duchem!