Pies karczmarza zrozumiał, że bitwa wygrana, nie gonił za czarną zmorą, tylko słuchał z ciekawością i oburzeniem, co mu Pazzuś, skomląc i poszczekując, opowiadał o strasznej przygodzie.

A w izbie gościnnej Kachna z Marysią nakrywały stół do wieczerzy; Marcinowa odgrzewała zraziki z kaszą, królewna siedziała na ławie i głowę oparłszy o ścianę, drzemała.

Nagle drgnęła.

— Słyszycie, dzieci?... Pazzo szczekaj ujada, skomli... ach, co mu się stało? Nóżkę złamał?... A może go koń kopnął?

— Jezus, Maria! — krzyknęła Marysia nieludzkim głosem. — A dziecko gdzie?

I wyciągnąwszy przed siebie ręce, rzuciła się jak obłąkana ku drzwiom. Kachna wybiegła za nią.

W ciemności nie widziały, gdzie się zwrócić, aż tu ochrypłe od nadmiernego wrzasku poszczekiwanie Pazza doleciało ich uszu. Potykając się i zapadając w błoto, szły dobry kawał, aż w szczere pole.

Znalazły.

Krysi na szczęście nic się nie stało, nawet jej przestrach nie zaszkodził, choć długo była zemdlona i nie obudziła się aż na rękach Marysi. Nie wiedziała o niczym i nie umiała opowiedzieć, co ją spotkało.

— Ktoś mi buzię zatkał i chustkę na głowę zarzucił... — oto było wszystko, co zapamiętała.