— Niechże się miłościwa pani nami nie trapi! Jesteśmy bliziuchno pod ręką, na każde zawołanie, a to najważniejsze; krajczy i podstoli aż we wschodnim skrzydle na dole, a i oni przybiegną każdej chwili na wasze skinienie. A czy słyszała wasza miłość, że król jegomość ma dzisiaj nocować w Rabsztyńskim zamku? Starosta Bonar z wielkim sumptem83 go przyjmuje. Jutro zjeżdża do Balic, gdzie nań czeka wojewoda Firlej i insze senatory.
— No, to lada chwila i my go ujrzymy.
Dnia 16 lutego już wcześnie z rana zaczęły się ukazywać większe i mniejsze orszaki dworzan i służby królewskiej na przedmiejskich ulicach Krakowa84. Ku południowi się miało, gdy popłynął szeroki, barwny strumień przez bramę Floriańską w ulicę i w rynek.
Pięknym szykiem i porządkiem zaczęły wjeżdżać zbrojne oddziały.
W oknach domów roiło się od głów niewieścich. Młode dziewczęta wychylały się, jak mogły najbardziej, wyciągały szyjki, by pierwej dojrzeć i jak najdłużej oglądać tak ciekawe, od niepamiętnych czasów niebywałe widowisko. Starsze kobiety niby to bawiły się gawędką w komnatach, ale na każdy głośny okrzyk podziwu czy zachwytu podsuwały się do okien i wyzierały ponad głowy swych córek z niemniejszym od młodych zajęciem.
A na dolę tłumy ludu, z trudem utrzymywane w jakiej takiej karności przez straż miejską i halabardników, tłoczyły się podwójnym murem, zostawiając z musu wolne przejście hufcom.
Samych żołnierzy pancernych, na rosłych, olbrzymiej siły rumakach, było półtora tysiąca. Postępowali trójkami, proporce mieli różnobarwne, złotem i srebrem malowane, konie rotmistrzów były okryte siatką złotą lub srebrną, inne blachami zdobnymi w drogie kamienie. To znów czapraki jedwabne, kunsztownie haftowane, klejnotami przetykane. Strzemiona, wędzidła, zamiast uzd łańcuchy, wszystko było szczerozłote, a przynajmniej srebrne. Na łbach końskich kity z białych piór. Słowem, było się czemu napatrzeć, choćby tylko rumaki podziwiając.
Gdy przeminęli pancerni, ukazał się oddział janczarów z turecka przybranych, dalej trębacze i znowu oddziały wojska, z muzyką na czele, sprawnie i do taktu, a ciągle trójkami. Niektóre chorągwie liczyły po sześciuset ludzi.
— O matusiu... o chrzestna matko... prędzej, prędzej, na Boga! — krzyknęła Zośka Danigielówna, córka rajcy miejskiego i właściciela kamienicy Pod Jastrzębiem. — Ady spieszcie się... wilcy jadą!
— Cóż za koszałki opałki! Ludzi wilkami robisz?