— No, patrzcie sami, jak się przystroili; czymże ich nazwać, jak nie wilkami?
— Sprawiedliwie dziecko gada — stanęła w obronie swej chrześnicy pani Bonarowa, synowa starosty — przyjrzyjcie się bacznie, co za błazeństwa kunsztowne: na końskiej głowie umocowany wilczy łeb, wedle szyi sterczą łapy, a cała skóra precz na żołnierzu położona, jeszcze i ogon mu się na ramieniu chybocze.
— Jak Balcera miłuję, prawda — przyznała kiwając głową pani Danigielowa. — A to im się pomysłów przebrało! Pogańskie zabawki, dzikie bestie ze siebie robić. I tyle tego! Chyba ze dwustu tych wilkołaków jedzie... Straszne sądy boskie!
— Ale za to ci, co teraz idą, piękni na podziw! O matusiu, matusiu... aże się serce do nich wyrywa!
— Powiedz onemu, że głupie, niech się nie wyrywa!
— Jadą, jadą, jadą, po trzech, tam ta ram, tam ta ram... adamaszek zielony, przez ramię łańcuch złoty, w ręku dzida z białym proporcem. Ach... znowu insi! Szkarłatno ubrani z zapuszczonymi przyłbicami! A konie... jak to nóżkami przebierają, z drobniuchna, niczym panienki w tańcu. Tu znowu Tatarowie jacyś... niechby prędzej przeminęli, bo tam z bramy coś okrutnie cudnego zbliża się ku nam. Niechże pani matka sami patrzą, bo znowu będą przyganiali, żem zełgała. Dziwolągi jakieś abo diabły, abo zamorskie bydło, czy co takiego?
Zbita ciżba ludu parła ku środkowi ulicy, nie pomogły gęste razy wymierzane szczodrze przez ceklarzy85 na wszystkie strony, wolna przestrzeń wzdłuż ulicy zwęziła się znacznie, nowe oddziały przesuwały się z trudnością.
Kompania strojna i konie dzielne, ale o to mniejsza, takich i piękniejszych już dwadzieścia przejechało; nie żołnierzy lud okrzykami przyjmuje. Dwóch pachołków w modrych kubrakach z czerwonymi pasami prowadziło luzem jakieś cudaczne zwierzęta. Były to, co prawda, najzwyklejsze w świecie konie, ale przeinaczone do niepoznania. Jeden miał sierść pstrokatą, krętą i długawą jak u barana. Drugiemu przyprawiono u przednich łopatek skrzydła, do pyska dziób ogromny, zakrzywiony, do kopyt szpony. Można go było wziąć za jakiegoś hipogryfa lub smoka.
Tłum nie posiadał się z radości. Klaskano w ręce, huczały przeraźliwe wrzaski, stary i młody zanosił się od śmiechu... A konie, prowadzone u pysków, stąpały z dostojną powagą, co potęgowało jeszcze wesołość widzów poza wszelkie granice.
Szczęściem dwa potwory wkroczyły w rynek, aby tam święcić nowe tryumfy, a od bramy posuwała się kompania, przybrana w czarny aksamit i na karych koniach. W innym dniu wyglądałoby to poważnie, nawet smutnie, ale dziś, po tak różnobarwnych, jaskrawych strojach, ten oddział czarnych żołnierzy był odpoczynkiem dla oczu, a przedstawiał się wielce wspaniale. Jako odszkodowanie za czarną barwę swych szat prowadzili przodem konia zaszytego w niedźwiedzią skórę.