Anna Jagiellonka siedziała zadumana w swej komnacie: myśli a wspomnienia musiały być smutne, bo oczy królewny wzbierały łzami.
Westchnęła, przeżegnała się i uspokojona zawołała Kasieńki. Panna Leszczyńska wbiegła z przyległej komnaty.
— Słucham pokornie waszej miłości.
— Coś bym ci rada opowiedzieć, może mi zelży na sercu. Miałam tej nocy sen osobliwy: widziałam jakby na jawie brata mego; szedł jakąś kamienistą ścieżką pod górę, a góra była aż pod niebo. Żal mi go było, bo się słaniał od zmęczenia, tedy mu rzekę: „Zeprzyj się na mnie, lżej ci będzie”. A on tak odpowiedział: „Muszę iść sam, twoja droga insza, nie wolno ci ze mną”. „A dalekoż to jeszcze na szczyt?” — zapytałam. „Bardzo daleko i bardzo stromo” — powiada. „Ino kto by mi podarował dziewięć piątków, tobym rychlej zaszedł”. „Jak to podarował?” — spytałam jeszcze. Aliści w jednej chwili wszystko znikło i obudziłam się. Rozumiesz, co to było?
— Jakoweś tajemne znaczenie... gdyby rozważyć...
— Ja to cale po prostu tłumaczę: król prosi, bym się zań modliła przez dziewięć piątków, to mu skrócę ciężką drogę czyśćcową i do nieba dojść dopomogę. Tak mi pilno, tak bym chciała już zacząć... ino chodzi o to jak? Tedy suponuję121, jeśli owa droga ku niebu tak przykra, to i moja modlitwa ma być połączona z uciążliwością. Będę chodziła do kościoła o północy, właśnie gdy sen człeku najmilszy. Nabożeństwo ranne co piątek zamówię, a nocą zebrać się, nie zaspać, to już ty mi pomożesz, prawda? Pamiętaj, jutro zaczynam.
— Chyba powiedzcie: „zaczynamy”, bo ja z wami koniecznie i jak znam pannę Krupską, to będzie błagała waszą miłość, by ją dopuścić raczyła do wspólnej modlitwy.
— A cóż uczyni z Krysią?
— Nie piśniemy słówka przed dzieckiem ani przed nikim innym. Zezwoli wasza miłość, że ino we trzy będziemy chodziły do kościoła. Z tamtymi nie ma co próbować, więcej mitręgi jak pożytku.
Nazajutrz tedy, czyli w piątek, dawno już starsze i młodsze dworki rozeszły się do swych sypialni, dawno stróż nocny otrąbił jedenastą godzinę, gdy królewna w lekkim sukiennym półgiermaczu i białej chuście na głowie, z Kachną i Marysią, niosącą przodem zapaloną woskową świecę, przesuwały się jak widma ciasnym korytarzem do krytych schodów, prowadzących wprost z komnat do kościoła. Tam, na marmurowym ganeczku, w kaplicy Przenajświętszego Sakramentu, klęcząc naprzeciw ołtarza, Anna rozpoczęła modlitwy za duszę króla Zygmunta psalmem pokutnym: De profundis clamavi ad Te, Domine...122