— Domine, exaudi orationem meam...123 — żałośliwym głosem odpowiedziały dziewczęta.
W komnatach na górze cisza zalegała; wszystko spało. Wtem drżący, lękliwy głosik wyszeptał:
— Marysiu...
Zamiast zwykłej, uspokajającej odpowiedzi — milczenie.
— Maryyysiu... — odezwało się dziecko znowu.
Nikt nie odpowiedział, tylko za przepierzeniem, w jakiejś drugiej izbie, szmery, przytłumione głosy, liczne kroki...
— Marysiu! — zawołała Krysia już głośno i wyskoczyła z łóżeczka. — Marysiu! Dziad po mnie idzie!
Jeden krok tylko, a przytuli się do swej opiekunki i będzie bezpieczna... Pomacała rączkami posłanie, nie ma nikogo. Zapanowała nad wzrastającym przerażeniem, na palcach cichusieńko, kierując się ku nocnej lampce w sypialni królewny, doszła do komnaty. Stanęła w progu... cisza. Idzie dalej... i tu łoże nawet nie poruszone; żywego ducha w izbie. Cóż to ma znaczyć? Wszyscy gdzieś poszli, ją samą zostawili... a dziad już idzie... zbójców prowadzi... najwyraźniej kroki słychać gdzieś bliziutko.
— Jak mię złapie — szepnęła, przyciskając rączki do piersi — to zadusi od razu... a jakże, zadusi. Trzeba uciekać prosto przed siebie... toć mnie po nocy nie dogoni...
Otworzyła drzwi ostrożnie, wyjrzała; ciemno, straszno, kamienna posadzka zimna jak lód, w którą stronę się zwrócić?