„Może w prawo? Nie... tam jakieś głosy; pójdę prosto... ojoj mur! Aniele stróżu mój, ty zawsze przy mnie... Jezus... światełka widać! Ktoś idzie... pewno dziad!”

I naprzód, naprzód, po omacku, byle uciec przed zbliżającym się światłem, z wyciągniętymi rączkami, o ściany sobą uderza, stawia kroki niepewne, a w uszach tak coś huczy... takie młoty biją...

Odwraca głowę, światełka widać coraz wyraźniej, ktoś się zbliża.

Krysia uczuwa pod ręką przerwę w murze.

— Co to? Jakaś szpara... Nie, to okienkol Mur gruby, wsunę się głęboko, może mnie nie zobaczą...

Wdrapuje się do framugi, wstrzymuje oddech...

Pięciu ludzi przechodzi tuż obok niej... mogłaby ich dotknąć ręką; idą w milczeniu. Dwaj niosą małe latarki, idą przodem. Za nimi... kto taki?... Król jego miłość... Sam król?... W nocy?... Skrada się na palcach, jakby się bał... czy i jego ktoś goni?... A jak się spieszą! Zaczynają biec...

Otucha wstąpiła w serce Krysi...

— Mario, królowo... to nie dziad!

Spełzła z przymurka na posadzkę i bezmyślnie, bezwiednie bosymi nóżętami ściga niknące w oddaleniu światełka.