— Powiadam paniczkom, Sodoma, Gomora, a jakże! Wszędy tego pełno... w biały dzień na strych idę, to ci tak coś piszczy za mną nad samym uchem, że się odwrócić nawet nie śmiem.
— Szczury.
— Uhum, szczury; z piekła rodem. Idę z dziewką do wędzarni po kiełbasy, buch... jak nie wytnie drzwiami...
— Przeciąg naturalnie.
— Cóżem to dziecko trzyletnie, cobym nie wiedziała, kiedy przeciąg, a kiedy niesamowite sprawki? Bez podwórze wieczorem do krów idę, oho, popod nogi się plącze...
— Nie wiecie to, że pełna psiarnia młodych szczeniąt? Wyrwie się które z szopy, to i biega, dokazuje, łasi się człowiekowi, a jejmość ze strachu zaraz upiory upatruje.
— Jaja mędrsze od kury... ja bym ino chciała, coby pana Pawełka tak za nogawice szarpało, jak mnie wczoraj zapaskę chciało urwać. A w nocy... myślałam, że ranka nie dożyję.
— Do izby wlazły?
— A niedoczekanie ich! Toć kropielniczka we drzwiach, palma nad łóżkiem, przecie się boją świętych rzeczy. Choć i to nie zawsze pomaga. Ale się tłukły do okna, że niech ręka boska broni!
— Tłukły się? Ojoj...