— Nie wie o niczym — mruknął Drohojowski.
— A gdzież to Montwiłł? Raz na zawsze przykazowałem, po zachodzie słońca wychodzić nie wolno i basta.
— Oooch... — dało się słyszeć stękanie za kapą komina — głowa mię tak strasznie rozbolała, więc ległem co niebądź zdrzemnąć się, za pozwoleniem waszej miłości.
— Za moim? Kiedyżeś mnie o pozwolenie pytał? A ty, Czema, co się tak wciskasz za Mikołkę?
— Nogawicęm rozdarł, proszę waszej miłości.
— Pewnikiem z psikusów? Hhhrrrum.
— Nie, widział się z Papacodą... — zaszemrało w stronie Bonera.
— Na gwoździu zaczepiłem.
— Oddaj w czas rano do szatni, to ci Salomeja albo Grzybowska naprawi. A przykażcie Kubie, coby was skoro świt pobudził; Szydłowiecki i Gedroyć jutro na służbie przy osobie miłościwej pani.
— Za łaską pana ochmistrza, mógłbym się zapytać, którzy wraz z nami na pokoje iść mają?