— Ojoj... nie warto z wami gadać, jak Boga kocham! Pierwsze, nie oszalałem; drugie, trudniejsze rzeczy już człek w Kołtuniszkach dokazował, taj udało się; trzecie, baba śpi jak niedźwiedź na zimę, skórę z niej zedrzesz, nie zbudzi się.
— Skąd wiesz?
— Aha, widzisz, tak zaraz pokazało się, po co ja Nastusię na nią nasłał. Swojego człowieka muszę mieć w izbie, coby mi drzwi otworzył i co niebądź dopomógł. Więc mi Nastusia powiedziała, że dokrzyczeć się do niej nie mogła, jak ją dzisiaj wedle czwartej rano zbudzić probowała.
— Po cóż ją budziła?
— Ot, matoł z ciebie, za łaską rzec; właśnie na przekonanie, czy przede dniem twardo śpi i czy się sztuka uda.
— Wszystko rozważasz, przewidujesz, statysta219 z ciebie, kanclerzem kiedyś zostaniesz.
— Daj ci Boże zdrowie; postarawszy się, może i zostanę; tak ciebie na podkanclerza nie pośpieję220 zawezwać.
— Dobrze, dobrze, ale gdzie oną nieszczęsną niewiastę wyniesiemy?
— Oho, dosyć powiedziałem. Nad miaręś ciekawy, nie uchowasz się.
— Chłopcy, chłopcy. Mistrz Ambroży będzie łajał: dawnośmy po obiedzie, a na lekcję nie idziemy.