— Ta coże znów zachciał? Ale przysięgam Bogu, jeżeli dziś nie idę na służbę...
— Pewno się poskarżysz samemu królowi — dokończył Chodkiewicz ze śmiechem. — Myślałem, że wolisz wyciągnąć się i chrapać we własnym łóżku, niż drzemać w antykamerze na ławie.
— Nu, ma się rozumieć, że wolę; nie o to mi chodzi, a o sprawiedliwość, już czwarty raz mnie Odmiwąs pomija... najspokojniejszemu cierpliwość urwie się.
— Chodźcie, chodźcie, nie ociągajcie się; strasznie zły jakiś dzisiaj.
— A gdzie jest?
— W swojej komnacie.
— Ino nas kazał wołać? Nikogo więcej? — spytał Szydłowiecki.
— O, to źle; czy broń Boże jakowej pamiątki na kobiercu nie myśli nam przylepić.
— Chyba nie; siedzi chmurny za stołem i parę bez235 wąsy puszcza, ale nijakich przygotowań ani Macieja z rózgą nie widziałem. No, idźcie w imię Boże, ja lecę w swoją stronę.
Weszli skromnie, cicho stąpając i stanęli rzędem przed srogim obliczem pana ochmistrza.