— Chi, chi, chi, chi...

— Teraz na górę, co koń wyskoczy! Aby nas kto ze służby nie spostrzegł... lada chwila stajenni się zbudzą.

— Ojoj... na jednom głupi był... taże my ciżmy w wodzie zamaczali.

— Biegajmy do siebie i zmieńmy.

— Nie ma czasu; zresztą, szukaliby w naszej izbie i wykryłoby się, a na nogach może i wyschną. Skóra ciemna, nie będzie znać, że mokra, chyba pomacawszy; a da Bóg, Strasz nie padnie na to, coby macać. Nu, tak wracajmy! Szydłowiecki z okna wychylił się... biedneńki on, chciałżeby z nami być!

Wybiła piąta. Służba zamkowa budziła się powoli... od czasu do czasu przebiegnął któryś z parobków stajennych lub ogrodniczków przez podwórze. Zaczynało dnieć... zaledwie znać było jakiś ciemny przedmiot przy brzegu sadzawki. Zajęci robotą parobcy nie zwracali uwagi. Dopiero kuchcik, biegnąc po drewka do szopy, rzucił okiem na prawo i stanął jak wryty. W pierwszej chwili nie zrozumiał... potem nastraszył się i uciekł jak oparzony.

— O rety... Kasper... Walenty... cosik leży wielgiego na wodzie... idźcie zobaczyć... cosik na podobieństwo łóżka!...

— Ot, przyśniło ci się i tyla — zgromił go stary kucharz. — Jeszcześ nie dospał, to sobie oczy przemyj, a po drwa mi w te pędy biegaj!

— Nie pójdę, boję się.

— Walek, idźże zobacz, a jak nic nie ma, to daj brzdącowi za kark, coby tydzień popamiętał.