— Zali w tym co śmiesznego widzisz, że słońce weszło?
— Darujcie miłoś... przrzsk...
— Przecz240 się krztusisz? No, no, nie bój się, głupiś, boś młody; Szydłowiecki mądrzejszy... Nie! I ten pięściami gębę zatyka... Cóż to ma znaczyć? Błazeństwa się was trzymają... Mniemam, że po nieprzespanej nocy każdemu raczej ziewać niż śmiać by się chciało. Wyjrzyj, kto chodzi po tamtej komnacie?
— Stańczyk, miłościwy panie.
— Wołaj go. Cóżeś tak rano przybieżał? — spytał król zdziwiony. — Nie zwykłeś pojawiać się równo ze słońcem.
— Bo też nie co dzień zdarza się to, co dzisiaj; a tak dawno już nie widziałem a nie słyszałem waszego śmiechu, miłościwy panie, żem po trzy schody na raz skakał, by ino na porę trafić, a nie zapóźnić się.
— Jakoś was dzisiaj cale nie rozumiem; chłopcy płaczą od hamowanego śmiechu, ty zaś pleciesz przez ładu i składu...
— Wżdy nie moja wina, że król nawet tego nie wie, co się pod jego oknami dzieje.
— O cóż chodzi?
— Wyjrzyjcie, panie.