— Zbiegowisko przy sadzawce... ci ludzie takoż się śmieją... Stańczyk, gadaj mi zaraz!

— Nie widzicie, panie? Gospodyni marszałkowskiego stołu, na podobieństwo Mojżesza z kołyseczką wyrzuconego na rzekę, śpi ano w swym łożu wśród sadzawki.

— Ona? Skądże się wzięła?

— Zda mi się, że raczej Strasza niż mnie należałoby zapytać.

— Co? Znowu paziowie? Chyba mnie nie posłuchał... lamencił wczoraj jak dusza w czyśćcu, że dzień i noc nie ma spokoju, a wszystko bez siedmiu urwisów, bo reszta wzorowo się sprawia. Tedy mu doradziłem, by onych łotrzyków bez kilka nocy do mojej służby zapędził. Gdy się miasto241 spania przemęczą raz i drugi, przestaną broić; a po wtóre przekonamy się, że ucichną głupie figle, gdy sprawców zabraknie. Hej, Szydłowiecki, wszakże i ciebie między najgorszymi wymieniał... Którzyż są w antykamerze?

— Boner, Gedroyć, Montwiłł, Czema, Ostroróg i Drohojowski, miłościwy panie.

— Tedy kto babę włożył do wody? — roześmiał się król.

Stańczyk pocałował go w kolano.

— A co, nie mówiłem, że warto wstać przed wschodem słońca?

— Biegaj mi zaraz na dół i przypilnuj, by niewiastę odniesiono na powrót do jej izby. A śpiesz się, będę oknem patrzył, jako się to stanie.