— A nam wolno zobaczyć? — spytał Boner strojąc minę niewiniątka.
Król spojrzał nań, potrząsając głową.
— Ot, zagadka nowa dla Strasza... idźcie.
Stańczyk zbiegł na podwórze, paziowie za nim; gromadka służby rozstąpiła się na dwie strony, a błazen, nie bacząc na rozkaz królewski, pewny ino, że mu wszystko ujdzie bezkarnie, krzyknął potrząsając swą laseczką z dzwonkami:
— Pani Serczykowa... śniadania czekamy!
— O raju... w tej chwilusi!...
Usiadła na łóżku z zamkniętymi oczyma, przeżegnała się... i jedną nogą chlupnęła w wodę.
Powitał ją gromki wybuch krzyków i śmiechów. Zgromadzona gawiedź pokładała się, wiła, kurczyła z gwałtownego chichotu.
W oknie na górze stał król i głębokim basem wtórował powszechnej wesołości.
— Rety... ludzie, ratujcie! co to? Matko!... Aha, juści, już wiem... no jakżeby... dwa głupie kołki osikowe i byłby spokój do sądnego dnia. Święta Urszulo z towarzyszkami... za co ja pokutuję!