— Ma się rozumieć. I ja nie mogę; tak Nastusię poślę. A przykażę jej, coby nie w znajomym kramie kupowała i nie wygadała się, że na grodzie służy. Dużoż tego płótna?
— O dużo... muszą być płachty długie srodze, niechby się nawet po ziemi wlokły, a pozeszywać choć we trzy półki, żeby starczyło owinąć się sowicie.
— Powiem Nastusi, to już obliczy, ile będzie trza, i wolnym czasem, jak Grzybowska na prymarię pójdzie, bodaj jak zeszyje, aby się ino trzymało.
— No, to już jedno załatwione, a drugie jeszcze ważniejsze: musimy dziś pod wieczór przed samym spaniem zbiec na dół i obejrzeć wejście, czy się da wyleźć na górę i na wszelki wypadek zapewnić sobie ucieczkę drugą stroną, jakowym okienkiem lub dziurą w murze. Kto głupi, będzie się bał, ale mądry pójdzie na samo miejsce i złapie nas.
— Nu dobrze; a dalej co?
— Strasz wyjeżdża jutro, a mistrz Ambroży go zastępuje; to właśnie tyle znaczy, jakby nikogo nie było. Przykaże Kubie, coby nas budził rano, bo samemu wstać się nie chce, zje z nami obiad, odbędzie lekcję, zje wieczerzę, powie nam dobranoc i zamknie się do drugiego ranka w swoim alkierzu. Serczykowej gorzej bym się bał niż jego.
— O wilku mowa, a wilk tuż.
— Pani gospodyni na miasto wychodzi, co taka strojna?
— Oj, paniczkowie mili, idę dać na mszę do Panny Marii z podziękowaniem za ocalenie życia.
— Wżdy nijakiego niebezpieczeństwa nie było; szpetne wydarzenie i więcej nic!