Nie w stanie powstrzymać wesołości ani powagą świętego miejsca jej przytłumić, Kmita parsknął na cały głos i podnosząc ramiona ku szyi, zanosił się od gwałtownego śmiechu.

— Nie dziwię się teraz, mości hrabio, żeście mniemali, jako snadź ludożercami jesteśmy. Powiedziałbym zasię, iż mimo błazeńskiego żartu chłopca onego, nie należało wam się myśli takiej dać miejsca w głowie. Żaden Polak nie obraziłby Zakonu podobnym posądkiem255.

*

— Chyba już lepiej nie mogło się złożyć, co, Dmytruś? Odmiwąs nam przeszkadza... nie ma Odmiwąsa!

— A wiesz, mnie zdaje się, że nie tak on do brata na chrzciny zachciał, jak od nas uciec i co niebądź odpocząć; jak Boga kocham, taże my jemu do siódmej skóry najedli.

— A rychło ma wrócić, nie słyszałeś?

— Gadał Kuba, jako on256 pachołek pana Marka Strasza, co po naszego ochmistrza przyjechał, rozpowiadał jemu, że to pierwszy syn, że całe sąsiedztwo na dziesięć mil sproszone, taj bawić się będą choć z miesiąc.

— Dajże im Panie Boże, niech się bawią zdrowi nawet i dwa!

— A my tymczasem?...

— Ho, ho, to nie żarty; ciężka nasza praca i strach niemały. Ja sam nie mogę iść do Sukiennic po płótno, boby w razie czego doszli kłębka po nitce, kto kupował i kiedy.