— Jeszcze się tu pośpimy z onego czekania...
— A bo to wszystko bajki — szemrały dziewczęta.
Jedna Serczykowa stała milcząca, ze splecionymi jak do pacierza rękami, zapatrzona wzrokiem rozgorączkowanym w Basztę Złodziejską, oblaną światłem księżyca płynącego po niebie od strony klasztoru Św. Andrzeja.
— No i gdzie te duchy? Krysta gada, że widziała.
— Musi widziała, kiedy się bała iść z nami.
— Śliczna noc... — szepnęła Hipolita do Laury — tak tajemniczo szumią drzewa w sadzie, a białe promienie przedzierają się przez gałęzie...
— Rada jestem, żem cię usłuchała; tak lubię... ach!... Widzisz?
— Widzę... — ledwie poruszając ustami wyjąkała Hipolita.
Dziewczęta służbowe chwyciły się bez słów za ręce; Serczykowa skamieniała.
Dwie postacie bezkształtne, w długich szarych oponach, wysunęły się z wolna spoza hełmu baszty i na tle ciemnego w tej stronie, bo dalszego od tarczy księżycowej nieba, stały chwilę nieporuszone. Zdało się patrzącym, jakoby owe powiewne szaty rozpływały się w powietrzu, bo z nieokreślonych przed chwilą mgieł wyłoniły się dwie głowy o trupio bladych twarzach, ukazały się kościane ręce szkieletów. Jedno widmo objęło ręką szyję drugiego i położyło mu głowę na ramieniu.