Wysoko urodzone damy dworu i dziewki z obór i pralni śledziły z niejakim współczuciem niemą, a tak wymowną scenę, rozgrywającą się na szczycie baszty, w srebrnym świetle księżyca.

Nastusia zasłoniła oczy fartuchem i drżała od tłumionego... łkania.

Duchy obeszły ganeczek baszty dokoła, mniejszy załamał ręce, wyższy podniósł prawicę ku niebu... strażnik wytrąbił na wieży północ... wszystko znikło.

— Tragedia!... — jęknęła Hipolita.

— Dwa serca wierne, których śmierć nie zdołała rozdzielić — dodała Laura.

— Onić to, oni — stanowczo zawyrokowała Serczykowa. — Jedno mąż, drugie żona; musieli kogo zabić albo kościół okraść, katu głowy oddali, a teraz pokutują za grzechy, a jakże! Ino lepiej o tym nie wspominać ani drugi raz tu nie przychodzić... a nuż się spostrzegą, że ich kto wypatruje, ho, ho, ony takich ciekawców nie lubią... już ja mam dosyć na całe życie! Chodź, Nastuś, do izby!

— Ajaj... gdzież my się podziejemy!

— Ja się boję...

— Ja tu zostanę... — wołały dziewki.

— Głupie... wżdy już poszli; po północy już im nie wolno.