Od razu w komórce porobili chłopcy jakie takie bałwany, powdziewali na nie koszule, żeby móc, rękawy trochę słomą wypełniwszy, jako ręce ułożyć. Ścisnęli krajką przez pół, by leżąc na łóżku pod kocem, choć trochę do ludzkich kształtów miały podobieństwa.
— Głowy najgorsze! — westchnął Boner.
— Mam ja coś w skrzynce, może się przyda — rzekł Montwiłł. — Nastusia myślała, co one duchy muszą mieć brody, i przyniosła mi kiedyś jeszcze z dwóch kądzieli konopi. Obaj mamy jasne czupryny, tedy skręcić jakowe gały z ręczników i onymi kudłami powiązać, jak się położy na poduszce, to... zresztą po co się właściwie trapimy? Dziesięć dni Ambroży nie zaglądał do nas, to i dziś nie przyjdzie.
— Któraż to godzina?
— Niezadługo już, niezadługo.
— A jakże wy robicie, że takie straszne gęby macie? — spytał Czema.
— Wszystkie przybory pod schodami w baszcie; płachty, garnek z wodą, drugi z mąką i sadze w stłuczonej miseczce. Pomacza się twarz wodą, tak zaraz mąką na to, żeby się dobrze trzymało; potem bierze się sadzy na palec i dokoła oczu smaruje się takowe czarne plamy, całuny na siebie i już.
— A nie spotka was kto, jak do baszty idziecie?
— E, późna godzina, rzadko kto przechodzi. Zresztą zawżdy266 pod samym murem idziemy, od drzew ze sadu cienie padają. A jednak przedwczoraj bieda była; pamiętasz, Dmytruś?
— Jakżeby nie!