— Oj, Bożeż mój święty, ta nawet gadać nie warto... dwa snopki słomy, dwa prześcieradła, foremne kukły uzwijać, głowy z bądź czego dorobić, derką przykryć, taj niech sobie leżą. Ani Ambrożemu do myśli nie przyjdzie przypatrować się, który paź żywy, a który słomiany.
— Ja ino powiadam, co zawżdy lepiej być na wszystko przygotowanym.
— No juści!
Paziowie powstali od stołu i dzieląc się na gromadki, gwarzyli o swoich projektach na jutro, o swoich dziecinnych kłopotach; pilniejsi rozprawiali o zadaniu łacińskim, tych niestety było siedmiu czy ośmiu tylko. Szydłowiecki zaś na czele osławionej szóstki pożegnał kolegów, skarżąc się, że muszą zawczasu uciekać do siebie, gdyż na starym korytarzu najbardziej straszy.
— Teraz ano przez264 długich rozhoworów265 do roboty! — zawołał Boner zamykając drzwi od sypialni za sobą.
— Nu dobrze gadać „do roboty”! Tak słoma gdzie?
— Do usług waszej wielmożności, w komórce na prawo od Krabatiusowego alkierza stoją przy ścianie cztery sienniki zbytnie, coby na przypadek jakowych gości lub innej potrzeby pod ręką były. Z jednego słomę wyjąć i kukły poczynić.
— A jak nas Niemiec zobaczy?
— Z korytarza wejdziemy małymi drzwiczkami; stary już dawno śpi, nie posłyszy.
— Nu, to chodźmy.