— A ci dwaj pewnikiem pomocnicy... zmykajmy!

— A jak obstąpią dokoła?

— To przepadniemy. Ale może nie wiedzą o dziurze, to się uda. Zrzuć płachtę, bo się nogi plączą... rety... ino prędko... w pół schodów dziura, pamiętaj cegieł sie chytać... potem skoczyć... trawa gęsta, nie będzie słychać.

— Biegaj ty wprzód.

Tupnęło coś głucho z tyłu baszty przy murze, puc... spadło coś drugiego...

— Drała na lipę! Tam siedzieć, póki sobie nie pójdą.

Ochmistrz i bracia Karczewscy dobiegli tymczasem do furtki.

— Zostańcie waszmościowie na dole, ja sam po nich pójdę — rzekł Strasz i drapiąc się z trudem po zniszczonych schodach, krzyczał: — Ha, zbereźniki przez sumienia! Nauczę ja was... uff!... upiory udawać... nauczę ja was... po nocach ludzi niepokoić... nauczę ja... panie Jakubie, trzymacie ich? Bo zbiegli z góry.

— Stoimy we drzwiach, nie ma tu nikogo — odpowiedziano z dołu.

— Niech pan Stanisław zajrzy pod schody, tam się ukryli.