— Mądryś, nie ma co mówić — burknął ze złością Szydłowiecki — nie tego żałujesz, że cię ze służby wypędzą i sromotnie rodzicom odeślą, ino ci markotno, co dworska służba nie będzie kwikać na twój widok.
— Ale Jędruś może mieć pociechę — wtrącił Gedroyć — że chyba wszyscy jednogłośnie ustąpimy mu pierwszeństwa i uznamy go hetmanem naszym.
— Ani wątpienia — rzekł Drohojowski — choćby już dlatego — że jego figiel trwał najdłużej i co dzień mieliśmy wyśmienitą zabawkę.
— No tak, hetmanem został i pohetmani, gdy nam na kobiercu odprawę dadzą, a potem za bramy grodu wyrzucą.
— A może się Odmiwąs ulituje... — szepnął Czema.
— On? Nigdy w świecie! Ty byś się ulitował, gdybyś był panem ochmistrzem i siedmiu urwipołciów za nos cię wodziło?
Jędruś Boner nie słuchał sprzeczki, słowa jednego nie przemówił, stanął w otwartym oknie, głowę oparł na rękach i łykał gorzkie łzy, wstydząc się płakać i jęczeć jak Czema. Smutne myśli snuły mu się po młodej głowie, a głupia psota przybierała w jego wyobraźni rozmiary zbrodni...
Obiją, napędzą, wyrzucą, dziadek tego chyba nie przeżyje... Król jegomość tak był nań zawżdy łaskawy, nie panem, a przyjacielem mu się okazował... znajomi zazdrościli dziadkowi, że prawą ręką miłościwy pan go nazywa; ach, co się stanie teraz!... Dziadkowi, kto wie, może król jeszcze kiedyś przebaczy, ale jemu... Coś mu w piersiach się szarpnęło, coś chwyciło za gardło... zapomniał, że już jest bardzo „duży”, że ma lat czternaście, i po cichu zapłakał.
Naraz... przetarł oczy rękawem... skąd takie światło jaskrawe? Nie od księżyca chyba... czerwone... co to takiego? Chłopcy! Jezus Maria! Pali się!
Przyskoczyli do okna.