— Gdzie, gdzie?

— Co takiego?

— Pali się! Patrzcie... naprzeciwko... w oknie kaplicy królowej, jakie migoty po szybach latają... zbierajcie się... na dół, co żywo, do sadzawki... porwijcie dzbanki, konwie, co napotkacie, krzyczcie, że gore, niech się służba pobudzi... ja biegnę prosto... będę wołał po drodze. Dmytruś, chodź ze mną! Tyś mocny... może zdolimy co uratować. Jezus... blask coraz większy... lećmy!

— Ot, pohetmanił nam pierwszy raz! — pomyślał Montwiłł patrząc, jak chłopcy cwałem zbiegli na dół po wodę, a on sam, posłuszny żołnierz, leciał za hetmanen — w ogień.

Skręcili w korytarz północnego skrzydła, gęsty gryzący dym ciągnął się ku nim ciężko.

Przedarli się do antykamery... sześciu paziów, zaskoczonych we śnie, leżało pokotem na podłodze.

— Otwórz okno... pobudź ich, ja biegnę dalej!

W pierwszej komnacie Beatrycze de Macris, odurzona dymem, również nieprzytomna, leżała na szerokiej, kobiercem zasłanej ławie. Potrząsnął nią, nie mógł zbudzić... chwycił ze stołka mały kilimek zasłonił nim rękę i zwijając się, jak iskra, wybił dwie szyby w oknie.

— Teraz może się ocuci sama... królowa najważniejsza... nie wolno wchodzić... pewno łeb zetną... ale nie mam i tak już nic do stracenia...

Stanął we drzwiach sypialni i wrzasnął: