— Dopiero Gedroyć dwie konewki przyniósł, reszta jeszcze nie.
Drzwi już były otwarte, lecz prócz Kostusia Gedroycia nie zastali nikogo. Nie można było czasu tracić na budzenie służby.
— Och... co za skwar! Aha, ołtarz płonie... Kostuś, lej, nie pytaj... chlupaj w górę... ot, Czema wodę niesie. Dobrze, lać co sił! Zalewać, gdzie największy płomień.
— Gryzie w oczy!
— Głupstwo! Lej! Ostroróg, woda? Lej! Dmytruś, zmiłuj się... a skrzynia z relikwiami i naczyniem kościelnym...
— Matko Boska... za ołtarzem... nie dojdziemy!
— Co takiego? Chodź zaraz! Bierz od dołu... chyć dobrze...
— Kiedy mi łzy ciekną... nie widzę...
— Prędzej! Schyl się... wziąłeś już? No to chodź, a żywo, bo i mnie już coś strasznego się dzieje...
— Dla Boga... Jędruś! — wrzasnął Drohojowski i zamiast gasić płonący ołtarz, oblał Bonera strumieniem wody. Wielki czas było po temu: cały żupanik obsypany iskrami tlił się na dobre.