VII. Książę obowiązany jest w razie wojny stawać królowi z pomocą stu jezdnych.

Jakie były uczucia króla Zygmunta po załatwieniu ostatecznym tej sprawy, niepodobna było dociec; nawet ci z senatorów, z którymi żył najbliżej, Tęczyński, Kmita, biskup Tomicki, hetmanowie Tarnowski i Firlej, nie umieli poznać z jego mowy ani wyczytać z twarzy, czy rad albo strapiony. Małomówny zwykle, teraz był jeszcze bardziej zamknięty w sobie i prawie nieprzystępny.

Dzień hołdu naznaczono na dziesiątego kwietnia 1525; ósmego pod wieczór zjechał książę Albrecht z braćmi, z biskupem pomezańskim i kilku najstarszymi rycerzami rozwiązanego Zakonu. Hrabia Kuno von Bergow był między nimi także.

By okazać siostrzanowi, że o wszystkich jego dawniejszych przewinieniach naprawdę zapomniał, a dziś widzi w nim tylko bliskiego krewnego, przyjaciela i wiernie oddanego wasala, król Zygmunt zarządził jak najwspanialsze przyjęcie na zamku w dniu przyjazdu, zaś ucztę wieczorną po złożeniu hołdu, w której uczestniczyć miało wielu książąt zaprzyjaźnionych tak z królem polskim, jak z księciem pruskim, a także posłowie sąsiednich mocarstw.

Będąc zapalonym myśliwym i wiedząc o Albrechcie to samo, umyślił dlań zabawę łowiecką, gdy na prawdziwe łowy w Niepołomickiej Puszczy za mało już było czasu. Właśnie przed kilku dniami przysłano z Litwy do Krakowa niebywałej wielkości niedźwiedzia, którego ze względu na olbrzymią siłę i dzikość zamknięto w skrzyni dębowej okratowanej i tak z niemałym kłopotem kilkadziesiąt mil prowadzono.

9 kwietnia rano wielki łowczy oczekiwał w zwierzyńcu królewskim na przybycie najjaśniejszych państwa i ich gości. Miano wypuścić niedźwiedzia do zwierzynieckiego lasku, poszczuć psami, po czym każdy z myśliwych, uzbrojony w oszczep, miał baczyć, w którą zwierz stronę poskoczy, by albo nań godzić samemu lub stanąć do pomocy sąsiadowi w razie niebezpieczeństwa.

— Dziwno mi na takiej zabawie niewiasty spotykać — rzekł książę Albrecht do królowej, obok której jechał. — Miłościwa pani za małe i za słabe rączki macie do oszczepu.

— Ani mi to w myśli powstało starożytną boginię Dianę naśladować i waszym miłościom w drogę wchodzić. Choćbym nawet z przyrodzenia tak wielką dzielność miała w sobie, pan mój i małżonek nigdy by na tak niebezpieczne igraszki nie zezwolił. I to mi się z trudem ledwie udało wyprosić, że tu jestem i z dala przebiegowi zabawy przyglądać się mogę.

— Wyznaję, że na niedźwiedzia mało polowałem — mówił książę — toteż pierwej popatrzę, jak doświadczeńsi poczynać sobie będą, a dopiero sam spróbuję.

— Lauretto i ty Lukrecjo, wiem, że wam serce słabnie od strachu — rzekła śmiejąc się Bona do swych panien — zesiądźcie271 więc z koni i wyjdźcie na ganek w domu dozorcy, tam bezpiecznie przypatrować272 się można. Tak wysoko niedźwiedź nie wyskoczy, chybaby upodobał sobie którą z was na śniadanie.