— Jeżeli najjaśniejsza pani istotnie nie ma nic przeciw temu, to wolimy być jak najdalej od tej potwornej bestii — wdzięcznie rękę królowej całując rzekła Lukrecja.

— Spieszcie się, bo ano już psy ze smyczy spuszczają — a zwracając się do paziów stojących przy jej koniu i trzymających go z dwóch stron za uzdę, dodała: — Niech który skoczy pomóc pannom, a potem wierzchowce odeśle do stajni.

— Idź ty — szepnął Montwiłł do Bonera — nie chce się mnie patrzeć na takowe gęsi, co byle czego zaraz się boją.

— Gdzież klatka? — spytał książę jednego z naganiaczy.

— Tam na prawo w krzakach. Zaraz go wypuszczą; straszny zwierz, stary samiec... i czterech się nie zlęknie, pilno trza dawać pozór273.

Ustawiono myśliwych w wielkie koło; chłopi z oszczepami stali w pobliżu, gotowi na zawołanie; drudzy krzykiem, trąbkami i gwizdami mieli drażnić niedźwiedzia i kierować go na myśliwych, gdyby nie miał humoru do walki.

Konie, poczuwszy dzikie zwierzę, strzygły uszami i wstrząsały się nerwowo.

Korzystając, że królowa rozmawia z wielkim zajęciem z hetmanową Tarnowską i z podkomorzyną Ożarowską, Boner spytał cichuteńko:

— Dmytruś... nie cierpnie ci skóra?

— Taj czego? Chyba ze złości, że tak daleko stoimy. Co tu człowiek uwidzi274?