— Wżdy ich nie wrzucimy na powrót do wody — burknął zuchwale Boner.
— Wasza miłość pozwoli odnieść to do marszałkowskiej kuchni.
— Chcieliśmy się Serczykowej podchlebić; pięknieśmy wyszli!
— Za taką błahostkę do samego króla!
— Gdyby wasza miłość nie był tak zagniewanym, przysiągłbym, że sobie ino dworuje92.
— Niechże pan ochmistrz ulituje się ten ostatni raz, każe nam wlepić po dziesięć batów na kobiercu, pocałujemy go w rękę i sza!
— Jak Boga kocham, nijakiej uciechy biedny paź zażyć nie może!
Malcy paplali bez wytchnienia, jak najęci, a biedny Strasz i mistrz Ambroży stali zmieszani, zupełnie zbici z tropu i poglądali na siebie, ruszając ramionami.
— Alibi... — westchnął ochmistrz.
— Alibi... — westchnął bakałarz.