— Juści prawda.
— Córeczka po nieboszczce stoi wedle niej za krzesłem.
— Ta bledziuchna, w niebieskim aksamicie?
— Aha, a przy nogach na poduszce to jej rodzona, królewna Izabela. To zasię po lewicy, maluśkie...
— Gdzie, gdzie?
— E, nie dojrzycie. To będzie chyba synuś najukochańszy... ani chybi królewicz Zygmunt. Najmiłościwszy pan rękę na główce mu położył.
Chwilę jeszcze trwały rozmowy, szmery, falowanie głów ludzkich, wreszcie wszystko umilkło, nastała cisza, lecz cisza pełna niepokoju i oczekiwania.
— Tak mi serce wali... czegoś się boję... — szeptał Krystek Czema do Jasia Drohojowskiego.
— A mnie w uszach dzwoni i huczy.
— A mnie ręce i nogi drżą — rzekł Szydłowiecki.