— Mnie z tego czekania tak nudno, aż spać się zachciało.
— Montwiłł, zmiłuj się, nie ziewaj tak głośno!
— Taże nie obraza majestatu. Ot, patrzaj, sam ksiądz biskup tak sobie ziewnął, aż strach, a wedle148 króla siedzi.
— Cicho! Już się zaczyna...
Czeladź mistrza Behema usunęła deski zasłaniające otwór „gruby”; w głębi ukazało się ogromne ucho, wysoko sterczące ponad sam dzwon. Zadzierzgnięto w nie dziesięć lin, które sam mistrz poplątał w misterne węzły, a te węzły jeszcze osobnymi sznurami pościągano i omotano.
Każdy koniec liny chwyciło sześciu muskularnych chłopów. Hans Behem wstąpił na belkę od zewnątrz rusztowania sterczącą, podniósł obie ręce w górę i zawołał:
— Baczność!
Sześćdziesiąt par oczu wlepionych w twarz jego czekało znaku.
Opuścił ręce z krzykiem:
— E — hej!