— Tażeż ja niczym dziecko przy matce stał sobie podle samego Strasza i coraz to do niego ręce składał, żeby mnie puścił co niebądź przespać się. Niech no on powie, czy mnie przy nim nie było.
Korybut, Koniecpolski, Stadnicki i Łaski, najwykwintniejsi z paziów, ofiarowali swe usługi damom dworskim; w starym korytarzu bowiem, którędy miały iść do swych tymczasowych sypialni, ceglana posadzka bardzo była nierówna, powybijana, niespodziewane schodki i zakręty utrudniały drogę po ciemku, bo jedna świeczka w ręku ochmistrzyni nie rozjaśniała ponurych ciemności. A że korytarz był wąski, więc po dwoje iść mogli i to z wolna, ostrożnie, uważając na nierówności i dziury w podłodze. Korybut z Łaskim szli ze świecami przodem, Koniecpolski ze Stadnickim na ostatku.
— Co to tak zgrzypi czy jęczy? — spytała Hipolita de Opulo wzdrygając się.
— Gdzie? Nie słyszę.
— Aha, jakieś dziwne głosy, niby w samym końcu korytarza — rzekł Stadnicki.
— Co? W samym końcu? — zawołała Laura Beltrani. — To ja kroku dalej nie idę.
— Coś krzyczy... co za ryk piekielny!
— Niechże się wasze moście nie boją, to może z podwórca jakie głosy dochodzą; przecie w korytarzu nie ma żywego ducha prócz nas.
— W istocie nic teraz nie słychać.
— Zupełna cisza.