— Zresztą, przystaniemy tu, póki wasze miłoście do swoich komnat nie wejdą.
Panna Arcamone włożyła klucz do zamku171; żaden szmer złowrogi nie ostrzegł jej o grożącym niebezpieczeństwie.
— Dobrej nocy życzymy waszym miłościom!
— Grazie, grazie172, pomówię jutro z miłościwą panią, opowiem jej, jako waszmościowie uprzejmi byliście dla nas i jako na całą zgraję trutniów i zuchwalców bezczelnych wy czterej tylko to prawdziwe panięta i veri gentiluomini173. Buona notte174!
„Ehe, ehe, pogadasz ty o niejednym jutro z miłościwą panią...” — szydził z niej w duchu Gedroyć, wyzierając przez szparkę.
Ochmistrzyni obróciła klucz dwa razy, otwarła drzwi i weszła do swej komnaty.
Signora Papacoda żegnała się jeszcze z paziami, a Beatrycze szukała w torebce klucza od sąsiednich pokoi, gdy nagle stanęli wszyscy jak gromem rażeni... z ciemnej antykamery biegła cofając się donna Arcamone, z lewą ręką sztywnie przed siebie wyciągniętą, jakby coś wstrętnego odpychała, podczas gdy prawą bezustannie i prędko kreśliła krzyże w powietrzu.
— Congiuro te... va via! va via175! — zatoczyła się i padła w objęcia Lauretty i Stadnickiego, którzy stali najbliżej.
— Co wam jest? Czy złodziej? Czy przywidzenie jakie? — pytali ze współczuciem.
— Może niemoc nagła? — szepnął Korybut do Beatryczy, pokazując palcem na czoło.