— Idźcie, kto w Boga wierzy!... wygnajcie go... święcona woda przy drzwiach.
— Od rzeczy gada; uderzenie do głowy. Uspokójcie się, wasza miłość.
— Nie uspokoję się, póki... on... tam jest!
— Kto?
— Diabeł? Ahi me... diabeł najstraszniejszy... łeb ogromny, rogaty...
Nie domówiła ostatnich wyrazów, zagłuszył je wybuch niczym nie hamowanego, nieokiełznanego, spazmatycznego śmiechu... Łaski aż przysiadł na ziemi, Korybut wił się, jakby go tarantula ugryzła, Koniecpolski i Stadnicki tupali nogami i kwiczeli nieludzkim głosem, a panny skakały jak piłki w górę...
Spokojnie, z namysłem i rozwagą kroczyło ku nim niewinne długouche zwierzątko, przyczyna całego zamieszania.
— Znowu oni! — zdławionym od wściekłości głosem wyszeptała ochmistrzyni.
Donna Izabela, która od niepamiętnych czasów, czyli od lat młodości, zawsze pozostawała na skrycie wojennej stopie z donną Mariną, klasnęła w ręce:
— A to ucieszni krotofila! E veramente176 una wyśmienita figla! Osioł nella camera177 pani okmiczini... barzo wesola zabawka!... cha, cha, cha...