3. Rokiczana
Ojciec! Ojciec! Matusiu, nie wiecie, gdzie oni poszli?
Zbroina położyła palec na ustach.
— Cichojcie, Staszek. Przecie widzisz, że dziecko śpi.
— Ojoj, straszne cuda, to niech się zbudzi.
— Wynoś mi się z izby, ty zuchwalcu jeden! Dziewuszątko caluśkie jak w ogniu, nikogo nie poznaje, a ten będzie brewerie wyprawiał!
— Chora? Jagnesia? O, rety! Czegóż od razu nie gadacie?
— Ady54 się dopraszam, cobyś był cicho, i nie słuchasz.
— Nie swarzcie, nie gniewajcie się — przytłumiając głos do szeptu, rzekł chłopak. — Z prędkości takem krzyknął, nie ze złego serca. Cóż się dziecku stało?
— Abo ja wiem? Rano jeszcze była rzetelna, dopiero ku południowi osowiała, skryła się za piec i tak ją chorość do krzty rozebrała, że ino krzyczy, cosi plecie nie do rzeczy, aż mi głowa pęka od strachu, nie widzącej nijakiej rady. Przed chwileczką zdrzemnęło się biedactwo. Pozatulałam, pookrywałam, niech się zapoci, może jej zelży. A nie, to trza będzie posłać po Grajdoskę, żeby urok odczyniła.