— Król jedzie! — krzyknął Zbroja nieludzkim głosem.
— A jużci. Dwa tygodnie go nie było, trza się panu pokłonić.
— Trza się panu pokłonić — powtórzył Zbroja ponuro.
Zawrócił z miejsca i jak nieprzytomny biegł drogą ku Krakowowi.
Pośród gromadki śpieszącej naprzeciw miłościwego pana zrobiła się jakby ulica. Ludność wiejska rozstępowała się ze strachem, chłopi szeptali coś do siebie i kiwali smutnie głowami.
Kilkadziesiąt kroków dzieliło tę garstkę łobzowian od zbliżającego się orszaku jezdnych.
Król Kazimierz miał pod sobą silnej budowy karogniadego wierzchowca. Jechał stępa100 i z widocznym zadowoleniem rozglądał się po zaśnieżonych polach i sędzielizną101 pokrytych drzewach przydrożnych. Kołpak miał aksamitny, kunim futrem obkładany. Płaszcz bez rękawów zarzucony na ramiona, spięty srebrną klamrą, osłaniał go od zimna i spadał na boki i zad konia. Spod płaszcza łyskał czasem pas ze złotych płaskich ogniw pleciony, zapięty na ciemnym żupanie102. Nogawice sukienne i grube ciżmy103 skórzane dopełniały zimowego ubioru króla.
Kochan, ulubiony dworzanin, jechał obok na siwym koniu, zaś o kilka kroków z tyłu sześciu pokojowców i dwóch paziów miarkowali104 chód swych dziarskich mierzynów105, by się nie przybliżać zanadto do miłościwego pana.
Na wspaniałym i zazwyczaj poważnym obliczu króla malowała się dziś swobodna wesołość. Mądre oczy przybierały wyraz żartobliwy, gdy zwracając się do Kochana, coś mówił półgłosem i gładził ciemną brodę, sztucznie106 gorącym żelazem jakby w rurki trefioną107. Właśnie coś wielce zajmującego a śmiesznego wymówiły usta miłościwego pana, bo dworzanin aż się ręką po udzie uderzył i w głos się roześmiał, gdy zaczerniała droga od nadchodzących ludzi, przed którymi szedł Zbroja jak oszalały, z wyciągniętymi rękoma. Tak nagle nań spadła wiadomość o przyjeżdzie króla, tak bez przygotowania poczuł, że lada chwila skarga jego będzie przyjęta lub odrzucona, że niemal stracił przytomność.
Ogrom krzywdy jęczał mu w uszach tysiącem dzwonów, każda kropla krwi drgała żądzą pomsty.