Przypadł tuż pod nogi konia królewskiego i rzucił się z krzykiem na ziemię.

Kazimierz szarpnął uzdę, gniadosz wspiął się na zadnich nogach i uskoczył w bok, inaczej byłby niechybnie musiał stratować leżącego tuż pod kopytami chłopa.

— Co to jest? Co to ma znaczyć! — zawołał król gromko do nadciągającej rzeszy.

Mężczyźni spuścili głowy i milczeli. Kobiety zawodziły płaczliwie:

— O, Jezu, Jezu! O, Najświętsza Panienko!

— Spytaj, wasze, tych ludzi, czego chcą — rzekł król do Kochana, brwi marszcząc gniewnie.

Tak się dziś wesoło dzień zapowiadał, bez troski, prawdziwie niedzielny. Pogoda nawet robiła się od rana: chmury pouciekały, słońce jarzyło się na błękitnym niebie niczym owiośnie. A tu, jak na złość, obłąkany czy pijak na czele zuchwałej zgrai drogę panu zastępuje! Zuchwałej? Nie. Ci ludzie smutni są, przerażeni, nie śmią w oczy spojrzeć królowi, a płaczą. Zawinili ciężko i boją się przyznać?

Dworzanin podjechał ku gromadce gospodarzy i rozpytywał jednego po drugim. Załamywali ręce i wzrokiem wskazywali na Zbroję. Tymczasem i król pochylił się z konia, by dojrzeć twarz leżącego.

— Wójt łobzowski? Co ci się dzieje, człecze? Na miły Bóg, wstań i gadaj!

Zbroja dźwignął się na kolana, czepił się strzemienia królewskiego i ryknął jak zraniony niedźwiedź: