— No, to i co?

— Kazał omieść ze śniegu ławę pod jesionem na góreczce.

— Ławę? Po co?

— Zasiadł na niej i was kazał przywołać.

— Nie wyjdę. Zimno, śnieg, ciżemki mam cieniuchne, mogłabym nogi zamoczyć. Proś króla do izby. Powiedz, żem niezdrowa.

— Odziejcie się ciepło i wynijdźcie. Miłościwy pan zagniewany, niech się wasza miłość nie przeciwi.

Rokiczana zmarszczyła brwi, przygryzła wargi, stanęła w progu, wahając się. Po krótkim namyśle wybiegła z domu w samej sukni i mknęła lekko przez wymiecione podwórze za bramę.

— Otom jest! — wołała przechylając zalotnie głowę i śmiejąc się już z daleka do króla. — Cóż za nowy obyczaj ustanowiliście, miłościwy panie? Zali110 was przed wrotami ma witać wierna służebnica wasza?

Król siedział pod drzewem sztywno wyprostowany, z dłońmi na kolanach. Nie odwrócił głowy, patrzył prosto przed siebie, w jakąś dal bez granic.

Za drzewami służba trzymała konie u pysków, żeby stały spokojnie; poniżej, na drodze, garstka chłopów zdrętwiała w oczekiwaniu czegoś wielkiego, a u stóp królewskich skurczony, z głową ku ziemi, Zbroja.