— Nie mam tu nic do rozkazywania. Każdy gospodarzem we własnej chałupie. Ino nie zwalajcie winy na kumotra, bo to człek rzetelny w słowie, znam go dobrze. Lada chwila nadbiegnie.
— Ano, to... Hej, Staszek, podjeżdżaj!
Chłopak skoczył do stajni, rozległ się trzask z bicza i ogromne saniska Zbroi, zaprzężone w trójkę doskonale dobranych kasztanków, zajechały z brzękiem dzwonków przed same drzwi.
— Orsula, chodźcie z dzieckiem, nie marudź!
— Ady jestem! Gotowam od świętej pamięci! Pomóżcie mi wsiąść. Potrzymajcie, Wojciechu, dziewuszkę, niech się szeroko usadowię, coby i odrobinie dobrze było.
— A my naprzeciw — rzekł Trzaska. — Siadajcie, Pawle, wedle mnie.
— Hola, hola, gospodyni! — zawołał król wesoło. — Nie rozpościerajcie się na całym siedzisku! Ja przecie nie ułomek, gdzież się podzieję?
— Jezus Maria! Miłościwy pan raczyłby na chłopskich saniach?
— Święte moje prawo. Po chrześnicy kumoter najważniejsza osoba!
— Gwiazdo zaranna! Święci janieli, ratujcie! — krzyknął Trzaska, chwytając się za głowę.