Tymczasem król zeskoczył z konia, oddał go któremuś ze służby i nim się opamiętali, już siedział przy Zbroinie.
— A co? Nie mówiłem, że kumoter przyjdzie w samą porę? Pal z bata, chłopcze! Chrzciny jadą, a król kumem!
Skoczyły konie z kopyta, brzękadła u chomąt zadzwoniły na larum119, sanie pomknęły leciutko po nowym śniegu, a Staszek strzelał z bicza raz za razem.
— O, Jezu Nazareński! Gdzie ja oczy podzieję, nieszczęśliwy! — jęczał w duchu Trzaska skurczony na słomie, chowając głowę za plecami Zbroi.
— Pięć dni temu powiadaliście, kumotrze, iże mnie tak srodze miłujecie, a dziś ani chcecie spojrzeć na mnie — rzekł król, udając obrażonego.
— O, panie najłaskawszy... najlepszy... wiecie wy dobrze, czego się wstydam. Toli 120wygadywałem zuchwalstwa okrutne. Zasłużyłem na ciężką karę!
— Człowiek wziął do serca waszą mowę. Król nic nie słyszał i nic nie pamięta. A teraz weselmy się społem, coby znać było, że nie na pogrzeb, ino do chrztu jedziemy! Pawłowa, nie umiecie tam jakiej śpiewki ładnej?
— Gdzieżbym ja śmiała...
— Proszę was pięknie.
— Orsula, nie wzdragaj się, kiedy miłościwy pan rozkazuje. Dy się drzesz przy robocie po całych dniach.