Strzepnęła ku niemu ręką i śpiewała dalej:

Kwitnie w życie, kwitnie bławatek niebieski,

Zawarli dziś przyjaźń do grobowej deski.

Jedzie wóz na przewóz, malowane kółka,

Zbroje mają syna, a u Trzasków córka.

— Rany boskie, Pawłowa! — zajęczał Wojciech.

Uderzyła go palcami po ustach i kończyła:

Zimą pada śnleiek, róże kwitną latem,

Kiedyście kumoter, bądźcie, królu, swatem!

— Staszek! — wrzasnął Zbroja. — Opętało cię?! Trzymaj konie, bo poniosą! Słyszysz?! Konie trzymaj! Do rowu królewską osobę wywalisz!... A wszystko przez ciebie, gębo niepomiarkowana! — z tłumioną złością rzucił w samo ucho żonie.