Pawłowa schyliła się twarzę do spowitego pod kożuchem dzieciątka, niby to bardzo skruszona, a w duszy rada121, że jej się tak wyśmienicie udało.
A król śmiał się, śmiał, aż mu zęby spod wąsów łyskały.
— Czegóż swarzycie na niewinną niewiastę? Zaśpiewała składnie i dorzecznie, o cóż wam chodzi?
— W tym sęk właśnie, miłościwy panie, że śpiewka była składna, a cale122 niedorzeczna.
— Przez Szewską furtkę jechać? — spytał Staszek, wstrzymując konie.
— Zawróć ku Floriańskiej — rozporządził król.
Ładny krakowski zaprząg, donośne dzwonki, sanie wymoszczone słomą wysoko i orszak służby w barwie królewskiej o kilka kroków z tyłu, zwracały uwagę przechodniów. A kto rzucił okiem na jadących, od razu poznawał króla i, rozwarłszy usta z podziwu, biegł co sił w tym samym kierunku dowiedzieć się, co dalej będzie.
Stanęli przed kościołem Panny Marii. Garstka ciekawych urastała w tłum.
Zbroja wyskoczył pierwszy i biegł na prawą stronę wozu pomóc królowi przy wysiadaniu, ale Kazimierz zesunął się zręcznie na ziemię i otrzepywał źdźbła z odzieży. Tedy obaj chłopi zajęli się Zbroiną, która zapadła głęboko i ani rusz nie mogła się z dzieckiem wygramolić.
W drzwiach kruchty stało dwóch kościelnych. Jeden, ujrzawszy dojeżdżające sanie, poskoczył przez kościół do zakrystii. Drugi pokłonił się do ziemi i przymknięte podwoje roztworzył szeroko.