— Ksiądz wikary dziwuje się pewno, co nas tak długo nie widać — rzekł król. — Zawiadomiłem go, że przyjedziemy późnym rankiem, a tu już, widzę, na południe przedzwonili.
— Jego przewielebność sam ksiądz proboszcz przyszedł co tylko z prałatówki, jest w zakrystii, a nas tu na czatach postawił, coby mógł jak najrychlej wyjść z godną asystą naprzeciw miłościwego pana.
— Biegaj mi w te pędy i zawiadom księdza proboszcza, jako dziś cale sobie nie życzę powitania z baldachimem, świecami i wielebnym duchowieństwem. Wyraźnie powiedz: „król prosi, aby tego dziś nie było”.
Kościelny pobiegł z rozkazem, a po chwili z głębi kościoła wynurzyła się przygarbiona postać proboszcza mariackiego, księdza Jana Gębarta, staruszka osiemdziesięcioletniego, w kwiecistej kapie.
— Laudetur Jesus Christus.123 Pokorne służby moje składam u stóp waszej królewskiej miłości.
— In saecula saeculorum.124 Wdzięczen jestem niewymownie za uprzejmość przewielebności waszej — odpowiedział Kazimierz, całując księdza w ramię.
— Ani wie, dziecinka, co za splendor niezasłużony ją spotyka — zdumiewał się staruszek. — Królewska chrześnica! Wyście za kumę, niewiasto? — dodał zwracając się do Zbroiny.
— Nie, ja ino względem opieki, proszę przewielebności. Otulałam dziecko przez drogę, coby się nie zaziębiło.
— A gdzież chrzestna matka?
— Posłałem po nią dworzanina. Idzie z nim właśnie.