— Co? Jacentowa? Babka kościelna?
— Z moją siostrą raczycie, miłościwy królu?
Trzaska nie wiedział, czy ma płakać, czy śmiać się z radości.
Jacentowa wróciła po sumie do swej izdebki w prałatówce i właśnie zasiadły z Basią do obiadu, gdy wszedł dworzanin królewski. Miał wyraźnie nakazane nie dawać jej żadnych wyjaśnień, tylko przyprowadzić czym prędzej.
— Gadajcież, panie, kto mnie woła, bo nie pójdę! — postawiła się babina rezolutnie.
— Taki, którego prawo rozkazować, a nasze prawo słuchać.
— Czemu nie powiecie po prostu, że ksiądz proboszcz? Ady lecę w te pędy, ino ciepły czepiec zawdzieję.
— Nie moglibyście przystroić się odświętnie?
— A cóż to, moja katana nie piękna? Cała, czysta. Co jej brakuje? Tedy idźmy, skoro mamy iść. Baśka, pilnuj, coby krupnik nie wystygł.
— Weźcie mnie z sobą, ciotusiu...